Prolog,
Siedzieli na murku w ich
ulubionym miejscu. Emilia uśmiechała się, spoglądając na niego
przelotnie. Tym samym spojrzeniem raczyła również przechodzących obok kolegów ze szkoły, oczywiście nie zwracając uwagi na obecność swojego chłopaka. Ten wzdychał pod nosem przyzwyczajony do jej zachowania.
Nagle spojrzała na niego w inny sposób, jakiś taki kompletnie do niej niepasujący. Atmosfera robiła się z sekundy na sekundę coraz bardziej
lodowata. Wszyscy przechodnie zniknęli gdzieś daleko za murem, a oni
pozostali sami. Założyła nogę na nogę w swój nonszalancki sposób. Poprawiła krotką spódnice w kwiatki, przestając się uśmiechać. Najwyraźniej miała w planach drogę do innego miejsca, odległego innym
osobom. Zawsze robiła to kiedy chciała gdzieś iść.
– Zrywam z tobą, wiesz?
– w kierunku chłopaka poleciało kolejne lodowate spojrzenie. – Związki na odległość są trochę dziwne i bałabym się, że jakaś inna mi
cie zabierze.
– Darzysz mnie bardzo dużym zaufaniem. – Powiedział obserwując mężczyznę z dzieckiem,
niewinnie zerkającego w stronę biuściastej blondynki. To było takie
banalne, jak jego związek z Emilią.
– Jesteś ze mną tylko
ze względu na wygląd, nie? – to zabrzmiało bardziej jak
stwierdzenie, niż pytanie. – Lubisz jak za twoja dziewczyną ogląda się skupisko facetów. Przez te trzy miesiące w ogóle mnie nie słuchałeś, Maks.
– Bo nie jestem
pasjonatem wegetarianizmu i błyszczyków. – odpowiedział machając
nogami, do góry i w dol.
– Powinnam teraz powiedzieć coś w stylu zostańmy przyjaciółmi. – westchnęła głęboko również zwracając uwagę na faceta z dzieckiem – Przeprowadzaj się
jak najdalej stad, chce zamknąć ten rozdział w moim życiu jak
najszybciej.
– Ale ja przeprowadzam się dwa bloki dalej. – uśmiecha się pod nosem chłopak.
– Co?
– Jestem zawiedziony,
bo nawet mnie nie zapytałaś – przewraca teatralnie oczami – Ja
powinienem powiedzieć teraz coś w stylu to był test twojej miłości do
mnie, ale przecież to nie miało być tak.
Dziewczyna wybuchnęła
histerycznym śmiechem.
– Czyli będziemy chodzić dalej do jednej szkoły? – wydawała się nieco przestraszona
tym faktem.
– Widywać się
codziennie, patrzeć na siebie... – wyliczał na palcach.
– Cześć. – zeskoczyła
z murku i pognała przed siebie.
Maks nie miał nawet
ochoty śmiać się z tego występu. Wzdychał raz po raz obserwując w
dalszym ciągu ludzi. Po dwudziestu minutach znudziło mu się to zajęcie. Ich osiedle nie miało zbyt wiele ciekawych osobistości do
zaoferowania. Głownie były to samotne staruszki bez własnego życia,
tak zwany monitoring osiedlowy przechadzające się niby bez powodu po
osiedlu. Tak naprawdę obserwowały sposoby spędzania wolnego czasu
przez młodzież, albo kontrolowały sąsiadów w celu zwrócenia im uwagi,
lub pogrożenia policja. W końcu postanowił zeskoczyć z murku, jak to zrobiła jego była dziewczyna i iść zjeść obiad.
Była dziewczyna, jak to ładnie brzmi. - myślał idąc przed siebie. Zatrzymał się przy
markecie. Wstąpił do środka w celu zakupienia równie cennych jak
obiad przekąsek, pospolicie zwanych słodyczami. Zjadł paczkę chipsów.
Teraz był gotowy na powrót do domu. Wszedł na klatkę jednego z sześciu
ogromnych bloków i wsiadł do windy ignorując mijająca go sprzątaczkę.
Ubrany w długa, hawajska koszule oraz kolorowe spodnie niekoniecznie pasował do szarego, niczym niewyróżniającego się bloku. W jakiś sposób lubił to miejsce przypominające mu wiele sytuacji z dzieciństwa. Zastanawiał się jakim cudem w takiej melinie wyrośl na
normalnego człowieka. Owszem, lekko piegowatego i roztrzepanego, ale w jakimś sensie normalnego. Pchnął drzwi znajdujące się na szesnastym piętrze, po czym bez ogródek wszedł do środka. Mieszkanie nie było
zbyt duże, a ze za miesiąc na świat miała przyjść jego siostra, matka postanowiła przeprowadzić się do czegoś większego. W środku zastał stojąca nad garem zupy Ciotkę. Na głowie miała zawiązana czerwona bandanę, a na nogach plażowe klapki. Od dwudziestu lat nałogowo projektowała ubrania próbując wcisnąć wszystkim swoje nie zawsze udane
prace. Maks lubił ją za to, ze nie była taka jak inni członkowie
rodziny, czy chociażby sąsiedzi. Usiadł przy stole i obserwując ją przeglądał katalog meblowy. Najwyraźniej wszyscy przygotowywali się już do przeprowadzki. Ciocia miała zamieszkać z nimi jako dodatkowy członek rodziny do pomocy. Ojciec cale dnie przesiadywał w
korporacji. Matka nie miała szans poradzić sobie z małym brzdącem.
Wspomnienia z wiecznie rozkapryszonym Maksem w dzieciństwie również
nie pomagały jej przygotować się na ten poród psychicznie. Dopiero parę sekund później Ciocia zauważyła jego obecność w kuchni. Uśmiechnęła się wesoło śpiewając pod nosem piosenkę z lat osiemdziesiątych po Francusku.
– Ale wszystko co
mogłem, to było wciąż za mało...*
– śpiewała żywo bujając się w rytm samodzielnie nadanej piosence
melodii.
– Wspominasz swoja młodość? – zagadnął Ciotkę chętnym do dyskusji glosę. Lubił jak opowiadała mu w kolko te same historie z okresu młodości.
– Myślisz, ze twoja
stara ciotka nie ma życia uczuciowego? – spojrzała na
niego z udawanym wyrzutem – Spotkałam ostatnio bardzo sympatycznego mężczyznę na imprezie dla singli poszukujących miłości.
– Wiesz, ze w takich
miejscach pojawiają się sami nieudacznicy życiowi? – zaśmiał się,
ale żałował tego śmiechu kiedy kobieta z gniewnym spojrzeniem podała
mu zupę. – Ale co ja tam wiem, przecież młody jestem. Nie bierz mojej opinii na temat twoich
imprez do serca.
Potargała mu włosy, po
czym również usiadła do stołu.
– Przecież masz jakąś dziewczynę – odparła z chytrym uśmieszkiem na ustach.
Maks spojrzał na nią pytająco.
– Sąsiadka, ta z góry
mi mówiła. – wyjaśniła łapiąc się za napełniony rosołem brzuch – Miałam przejść na dietę dwa tygodnie temu, ale chyba nic z tego.
– Zerwałem z nią.
– Szybki jesteś,
bratanku. – pokręciła głowa pełna zdumienia dla nastolatka.
– Trzeba zapłacić
czesne za szkole! – krzyknął wybiegając z kuchni.
Po chwili nie było go już
w mieszkaniu, a Ciotka Katarzyna pomyślała sobie, ze droga ta jego szkoła i trzeba będzie wziąć jeszcze jeden etat.
*Slowa
piosenki Puisque tu pars wykonanej przez
Jean-Jacques Goldman, Polskie tłumaczenie.